Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
dziś z nieba będą spadały gwiazdy
podniosłem głowę do płuc mi wpadły
oddycham gwiezdnym pyłem.
Tags: Artychryst
Reposted bypralina pralina

dżem

to może się wydać zabawne, zważywszy na to, że przecież

miała już te 16 lat,

ale wykradała się, gdy rodzice już zasnęli, do kuchni,

podstawiała sobie stołek

i zdejmowała z najwyższej półki dżem malinowy, którym potem

objadała się do późna.




Tags: Artychryst
3545 e035 500
Tags: Artychryst
Reposted byzebrastojacanatylnychnogachwlesieduuulianomalia
2974 6f97 500

Artychryst - Niebo gwiaździste we mnie | Starry Sky Within Me

2011

Reposted bymakingmoviespandorapersephone

ELECTRO-INDUSTRIAL CYBERNETIC PSYCHO-LIFE

NEON X-RAYS
Skóra - czuj - rozjarzona błękitnym skalpelem
neonu
Pot - czuj - spływa liniami magnetycznymi
pod napięciem
Wargi - czuj - owinięte zimną, odblaskową folią
oddechu.

VENOM TOXICATE
toksyczny - czuj - jęk wypełnia powietrze
jadem
zielone - czuj - oczy lśnią pożądaniem
materii
wirus - czuj - zatruwa ślinę i krew
pulsujące.

RED-LIGHT CHAMBER
duszna - czuj - komnata w czerwieni
reflektorów
gorąco - czuj - pobladłych kończyn
w smarze
delirium - czuj - wkraczając w głębokości
Panie.

GOTH-FETISHED FUCK-DOLL
Czar - czuj - owiniętej w czerń lateksu
lalki
Ból - czuj - po twarzy, po ciele
za mocno
muzyka - czuj - sadomasochistycznych
ukąszeń.
Reposted byincoherence incoherence

Pastorale

Błękitna kula wzlatuje wysoko w wiatr – i opada delikatnie w palce dziecięce spragnione błękitu. Świetlista kula wzlatuje w błękit, wysoko ponad wiatr, i brokatem sypie się złotym, delikatnym w palce dziecięce spragnione światła. Tęczowe bańki, wiedzione wiatrem, pryskają w błękit widmowym szkłem – i rozsypują się delikatnie w palce dziecięce spragnione widm. I trwa niewinny karnawał, karnawalik śmiechów i smutków jak bańki mydlane, i leci i spada piłka na wietrze od śmiechu i smutku oczu dziecięcych i rosną śmiechy i smutki dziecięce w świetle słonecznym, jak tulipany. I usta się śmieją rozgniecionymi na młodych wargach malinami (a w blasku brokatu pośród owoców siadają muszki owocówki).

Tańczą niesione wiatrem echa śmiechów i rozpryśniętych baniek karuzele i śmieją się promienie złote plączące się w dziecięce włosy. Nad wszystkim czuwa mądra głowa błękitnej piłki z rąk do rąk.

 

+++

 

Błękitna kula wzlatuje wysoko w wiatr – i szybując na jego łodzi strojnej żaglami kwietnych wonności, co delikatnością baniek mydlanych sypią się z płatków tulipanów – w rozległy świat – wypływa cicho poza horyzont skrzącego się czerwienią płotu w dole niesionych słońcem ech. Gonią błękitną kulę palce dziecięce, gonią je mydlane sfery i pogrążają się w zieloność trawy rozlaną za czerwienią sztachetową – palce dziecięce, i bańki, i śmiech. I słychać wśród zieleni głębokiej, wysokiej wołanie w które wplata się zapach złotych włosów. I biegną ku wołaniu złotemu, wonnemu śmiechy roztańczone w zieloności trawy – i stają. Mądra głowa błękitnej piłki skryła się w źdźbłach wysokiej trawy drgających złotym echem wiatru. Palce dziecięce splatają się razem półkolem wokół miejsca, na którym trzech par oczu pada niewinny, błękitny wzrok.

A pierwsze oczy w kolorze wiatru jaśniejącego czystym błękitem.

A drugie oczy w kolorze woni delikatności tulipanowej.

A trzecie oczy w kolorze bańki mydlanej, która się rozprysnęła.

Pośrodku, w słupie przygniecionym własnym ciężarem światła złotego wylewa się spomiędzy żeber zgnilizna umarłego psa. Wnętrzności wiją się splątane, porozrzucane, rozdziobane, w płucach zalęgło się plugastwo a serce ogarnęła pleśń. Oczy zbliżają się powoli, palce dziecięce dzierżą patyk wsuwa się z mdłym mlaśnięciem w ciało i wzbija czarny słup dymiący smolistych, tłustych much błyszczących w kolumnie światła, która zaraz wtłacza te kruki owadzie w dół. W ciało dławiące się larwami i napęczniałe trupim jadem pośród zieleni wysokiej, głębokiej rozfalowanej delikatnie błękitnym wiatrem, co roznosi po niebie wieść o śmierci psa.

Palce dziecięce chwytają piłkę i biegną znowu przed horyzont i tylko jedne z nich chwytają tulipan skryty między szkłami i powracają – dziecięce oczy o barwie bańki, która pęka – do psa – i kładą nań tulipan – i jeszcze długo się wpatrują w truchło, nim ostatniego płatka nie skryją tłuste ciała larw – i nim ostatnia wonność kwietna nie zgnije w martwym ciele psa.

Reposted byliwaj liwaj

Morfeusz

Blada tarcza księżyca leniwie wzbija się w wieczorny błękit nieba kapiąc miodnie ostatnimi złotymi blaskami słońca złuszcza się granatem, gdy woskowa tarcza księżyca leniwie wzbija się wśród pierwszych, nieśmiało otwierających się oczu gwiazd, mrużących powieki przy ostatnich, złotych refleksach słońca tonącego powoli w horyzont, kiedy wokół dzień osadza się cukrem na powierzchni nocy. Świetlista gałka księżyca powoli otwiera niebo szerzej i szerzej, wypuszcza spóźnione promienie słońca, krystalizujące się pierwszymi, drobnymi kryształkami gwiazd na krawędziach chmur i wieczoru osadzające się cukrem strzępki popołudnia łuszczą się leniwie, a za nimi tylko gładka tafla nocy i tylko kapią ostatnie westchnienia słońca i tylko dzień się leniwie topi i dymi w coraz bardziej niewyraźny horyzont. Spokojnie w skręcone węże gałęzi mleczna gałka księżyca opada leniwie w tysiące czarnych, bezlistnych palców bez dłoni sunie powoli, gdy wokół budzą się, mrużą powieki kryształki gwiazd na gładkiej tafli granatu unoszą się falami, muskane delikatnym wiatrem skręcone melizmaty gałęzi. Puchowa kula sunie spokojnie pchana przez setki wysmukłych palców przecieka nektar ostatnich dźwięków słońca, które łapczywie odbijają szklące się czernią, wysmukłe i proste, splecione poskręcaną pajęczyną konarów, obsypaną delikatnie cukrowym światłem leniwie sunącego po gładkiej tafli ciszy księżyca żeliwne pręty.

Wiatr trąca łagodnie kolumnadę marmurową światła, która, prosta – sięgając postrzępionej, oblanej lukrem leniwie błądzącego światła krawędzi palczastej – pląta się i mota w przestrzeni nierównej dziesiątek czarnych cieni. Wysmukłe, strzeliste strzały żeliwne gubią się i szamocą bez drgnienia, oplecione groteskowymi serpentynami konarów, owiniętymi delikatnie cukrowym welonem spokojnie w skręcone węże gałęzi opadającego słońca z kości słoniowej. Rytmiczne cienie czarnej kolumnady okręconej wokół postrzępionej melizmatami wężowymi przestrzeni fraktalnej tysięcy czarnych palców bez dłoni okręcają się wokół setek wysmukłych krawędzi bezlistnych i groteskowych, po których opada leniwie i spokojnie woskowa tarcza księżyca.

Pokryta pajęczyną konarów obrysowaną delikatnie cukrową kredą szepcze się lampa blaskiem pożółkłym rozświetla skręcone, czarne gałęzie, dokoła których wiją się rytmicznie wysmukłe, strzeliste, oplecione rozświetloną przestrzenią wężową, w której zlewa się złoto i srebro, latarnia na dole i wieczna latarnia sunąca spokojnie po gładkiej tafli granatu, żeliwne strzały prętów. Rozwiewa się lampa złotem pożółkłym rozświatła wokół nocy drgającej kryształowymi oczami gwiazd, gdy zlatują się ciche kapłanki, kochanki nocy drgającej szarymi skrzydłami kapłanek, kochanek nocy drga blask pożółkły mistycznego słońca za szkłem i cieniami poskręcanymi węży palczastych gałęzi czarnych i niemych.

Zlatują się ciche swym tańcem tajemnym wśród poskręcanych serpentyn konarów rozlewa się miodnie mistyczny blask złota i tonie w mgle alabastrowej wiecznej latarni ze słoniowej kości. Rozlewa się słońce blaskiem mistycznym, latarnianym przyzywa cicho ciche kapłanki, kochanki nocy granatowej i cichej i tylko drgają bursztyny blade kryształów na gładkiej tafli sceny mistycznej, gdy się zlatują kapłanki, kochanki nocy do mistycznego złotego światła drgają kapłanki, kochanki nocy drgającej tańcem śmiertelnym kapłanek, kochanek drga blask kuszący mistycznego słońca za szkłem i cieniami drgają bez ruchu spalone cienie kapłanek, kochanek.

Pod sklepieniem czarnym, skręconym, bogatym przepychem swoim fraktalnym cieniem czarnym, poskręcanym i złotem słońca za szkłem i cieniami poskręcanymi mieni się granit rytualny pod sklepieniem atramentowym łuków, kolumnad sękatych węży wijących się niemo arabeskami balustrad i krzywych zwierciadeł witraży, poza którymi tylko gładka tafla nocy i tylko wielka, dostojna, liliowa rozeta wzbija się majestatycznie w późnowieczorny granat nieba. Strzelają żelazne szklące się czernie strażników dokoła świątyni olbrzymiej, wśród której konstelacje mistycznych słońc wabią, nęcą szaroskrzydłe kapłanki, kochanki nocy wirują i drgają wokół pożółkłego słońca czarodziejskiego misterną koronką kładą się mroczne cienie fraktalnej na rytualnych granitach szarych drgają płochliwe cienie i blaski złote muskane w locie cichym, ciemnym, ćmim tańcem mistycznym szaroskrzydłych kapłanek, kochanek nocy. Jarzą się gwiazdozbiory pożółkłych słońc mistycznych za szkłem i cieniami poskręcanymi i wijącymi się po rytualnych granitach pełnych blasku i cichej, spokojnej, niemej melancholii wokół skręconych, czarnych kłębowisk koronek utkanych z samych palców długich, bezlistnych, z tysiącem załamań po których błądzą złote i srebrne świetliste bursztyny. Czarni strażnicy szklą się kolumnadą cieni dokoła świątyni olbrzymiej koronek i arabesek wężowych atramentowych załamań i sieci oplatających – wśród blasku cichego i spokojnego siwego wierzchowca, który powoli stąpa po gładkiej tafli bezkresnej, na której błyskają dziesiątki białek mrużących się kryształów dalekich – pożółkłe złotem zamkniętym taflami szkiełek bezbarwnych mistyczne słońca zakotwiczone twardymi prętami w ziemi bezbarwnej i szarotrawiastej. A słońca mistyczne powbijane w ziemię zimną, szarą, wilgotną trawą oblazłą stoją bez ruchu zamyślone dokoła marmurów białych i czarnych żyłek siatkami oplecionymi i szarych, jaśniejących wśród mroku i cieni granitów rytualnych i świętych.

Z ziemi obmierzłej, jałowej i ciemnej wypełzają pośród krwawych refleksów zimne i blade wielkie postumenty rytualnego granitu, marmuru zapisanego inkantacjami świętymi w języku żyłek poskręcanych tajemną kaligrafią i szczupłe, sztywne, żeliwne obeliski złotych słońc pożółkłymi światłami szepczące. Pełzną po rozświetlonych srebrem i złotem ołtarzach pośród świec żelaznych i szyi wielkich hydr tysięcznogłowych węży palczastych skręconych serpentyn czerwone, małe, ruchliwe ogniki wiją się, drgają, łapią jedne drugie na marmurowych ołtarzach wokoło których melancholijnie stanęły czarne mistycznych słońc ze złota świece. Jarzą się błyski mgnień rozczerwienionych, rozsypujących się po rytualnych granitach z cukierniczek szklanych we wnętrzu których wiją się płomienie, rzucając blaski, drobiny rubinów na blade czcionki marmurów wyryte na bieli czystej, sakralnej nagrobków wspaniałych, po których spływa złoty blask latarni i wodospady srebra nieskończenie wysokie, nieskończenie lekkie, nieskończenie mleczne z mlecznego naczynia dryfującego cicho i spokojnie po gładkiej tafli granatowej nocy. Na obleczonej szarą wilgotnością trawy wyzutej z kolorów ziemi wznosi się, kryjąc nieśmiało pod żeliwną świecą melancholijnym mistycyzmem splątaną światłem pożółkłym za taflą bezbarwną szkiełek skrywających słońce ołtarz sakralny obleczony bielą rytualnego granitu, po którym czytają krwawozłote blaski, błyski tajemną kaligrafię kamiennej inkantacji spływającej głęboko w wieczność zamyślonej ziemi. Po granitowej, liliowej płaszczyźnie kłębią się czarne, poskręcane cienie wężowe koronkowych firmamentów splątanych pajęczyn palczastych serpentyn oplatających mroczną arabeską słońca pożółkłych szeptów latarnianych zakotwiczonych w chłodzie nieprzystępnych ziemi, po której mrowią się jak wizje czarowne, kalejdoskopowe, błyski ogniste zniczy szkiełek rubinowych. Pod granitową, liliową płaszczyzną czerwonym lakiem znicza zapieczętowaną kryje się drobne i małe – sakralny ołtarz wsunięty drobno i nieśmiało pomiędzy wielkie ołtarze marmurów jaśnieje zimnym blaskiem dziecięcości, po którym pełzają czerwone, ogniste żuki, wylazłe z szklanej cukierniczki.

Przed granitowym grobowcem dziecięcia siedzi w zadumie cichej melancholii postać olbrzymia i majestatyczna kruczym konturem płaszcza zanurzona w ciemności tajemniczej, nieskończonej, napierającej tysiącem załamań, cieni, fraktali, ornamentów mrocznych splątanych płaszczyzn postrzępionych, błysków, mgnień, blasków, drgań i kolumnad rozstrzelonych świateł srebrnych, złotych, mlecznych, pożółkłych, bladych, rubinowych, słonecznych, latarnianych, alabastrowych, białych, czerwonych, woskowych, mistycznych, cichych, delikatnych, nocnych i wielkiej, setkami kryształów zroszonej tafli północnej, czarnej i bez horyzontu. Postać łagodnym, dostojnym, wiekowym ruchem kościste, wydłużone palce w bladą i gładką przyodziane skórę wplata w brodę gęstą, bujną, czarną i pociągnięciem, które dookoła rozsiewa dziwną, tęskną, pełną marzeń dalekich, smętnych, wieczornych rozmyślań woń przeciąga palce od szyi do piersi, gdzie cała dłoń aż do nadgarstka niknie w gęstwinie fałdów obszernego płaszcza. Długo wpatruje się znużonym wzrokiem, w którym odbija się szarość wieczornych rozmyślań, marzeń dalekich i smętnych w biały, sakralny, rytualny granit rozwiewa wokół jasność i poświatę łagodną, która, wzlatując ku oczom dostojnym, niknie w cieniach czarnych źrenic odbijających gładką taflę nocy. Czarny, dostojny starzec o oczach silnych, za których spojrzeniem kapłańskim kryje się rdzeń potężny melancholii i nieuchwytnych uczuć ponadziemskich, o których tylko noc potrafi cicho snuć opowieści w mistycznych, odwiecznych misteriach konstelacji gwiezdnych, siedzi – piękny – wpatrzony w drobną liliowość ołtarza rozłożonego na trawie bezbarwnej nasiąkającej wonią dziwną, tęskną i przepełnioną dalekim marzeniem, smętnym, wieczornym, ołtarza białego wypełnionego niewinną światłością odbijającą srebro woskowego księżyca, który sunie, zawieszony, na niezgłębionym firmamencie nocy. Blaski ogniste i blaski srebrzyste, i blask majestatyczny czarnych źrenic okrytych melancholią i wspomnieniem tak dawnym, jak jest dawna tafla nocy na której błyszczą rozgwieżdżone oczy – przy starcu takie wydają się młode. Trwają tak w zamyśleniu niby-wiecznym, starzec olbrzymi i maleńki granit, pod swą powłoką skrywający dziecko dawno wyrwane z szarej, zimnej trawy, na której krwawią się porozrzucane refleksy znicza kalejdoskopowe. I snuje się misterium ponadziemskie odwiecznych, sennych opowieści nocy, misteriów dawnych, przesiąkniętych wonią starszą niż konstelacje gwiezdne, wonią dziwną, tęskną i pełną marzeń nieuchwytnych, snuje się wielkie misterium tajemne pomiędzy blaskiem mistycznym grobowca a płomieniami mistycznymi oczu czarnego, czcigodnego starca, snuje się mroczno-świetliste misterium pomiędzy słońcem mistycznym pożółkłego złota, a kapłankami, kochankami nocy rozfalowanej w czarnym firmamencie. Aż wreszcie przeciera starzec dłonią oczy, jakby odganiał sen, ruchem dostojnym, wiekowym, łagodnym powstaje i oczu ostatnie, kapłańskie spojrzenie kieruje w stronę rozognionego rubinami grobowca dziecięcego, wydłużone palce wyciąga przed siebie i zaraz znikąd pojawia się, jakby utkany z cieni i nieskończonej ciemności, pies, schyla głowę i jak cień i ciemność, podąża wiernie za swym panem, starcem, który, wsparłszy swe ciało na sękatej, długiej lasce zwieńczonej sierpem księżycowym, rozkłada czarne skrzydła swego płaszcza i znika w czarnej nocy bezkresie.

Spokojnie w skręcone węże gałęzi mleczna gałka księżyca opada leniwie w tysiące czarnych, bezlistnych palców bez dłoni sunie powoli, gdy wokół blaski ogniste i blaski srebrzyste drgają w tysiącach refleksów na jaśniejącej tafli granitowego-liliowego grobu a wokół tylko gładka tafla nocy i tylko sklepienie czarne, bezkresne, bogate przepychem gwiazd i mrocznych cieni i cichej, spokojnej, niemej melancholii ginie we własnej kolumnadzie czerni i konstelacji gwieździstych misteriów i melizmatach koronek fraktalnych i głębi cienistych, i głębi cienistych.

3489 6ce3 500
Reposted byKabriolettamizuka

Bajka

W odległej krainie zza horyzontu – tak dalekiej, że słońce zachodziło tam na wschodzie, a gwiazdy unosiły się nisko, niczym świetliki – rósł czarodziejski ogród. Najpiękniejszy ze wszystkich najpiękniejszych ogrodów. Tam, na liściu delikatnej, błękitnej róży wznosiło się filigranowe miasto elfów. Żyły one światłem drgającym w zachwyconych oczach pielęgnujących kwiat ogrodniczek i ich świeżym, porannym rumieńcem.
Któregoś słonecznego dnia na łodyżce ich błękitnej, delikatnej rośliny pojawiła się karnawałowa gąsienica. Zdobna przepychem, feerią barw, piękniejsza była od królowej. Elfy – zachwycone – podróżowały w swych drobniutkich, mniejszych od pyłków kwiatowych karocach na sam skraj liścia, by stamtąd dojrzeć cudowną istotę. Ona zaś, olbrzymia niczym przy dźwięku trąb, pięła się ku górze, w stronę zauroczonych różanych duszków. Dotarłszy doń, zaczęła zgniatać swym cielskiem porcelanowe miasto i pożerać szmaragdowy liść, tak, jak wcześniej, niedostrzeżona, wgryzła się w łodygę. Przerażone ogrodniczki szybko zdjęły ją, lecz różane miasto zostało już zburzone i zgładzone. Zaczęły płakać nad błękitnym kwiatem, lecz ten nieubłaganie marniał, zamierał, obumierał, obsychał, usychał, uginał się. Coraz mniej w nim było piękna, coraz więcej smutku.
Po kilku straszliwych dniach wszystkie elfiki skulone były w ostatnim zielonym jeszcze krańcu liścia, czekając nieuchronnego, gdy nagle – spod słońca – nadleciał niebiański, stworzony ze złota, rubinów i uśmiechu powietrznych bożków motyl. Na skrzydłach jego wznosiło się olbrzymie, puste, królewskie miasto pałaców oblanych perłą i strumieni, w których mieniły się brylanty. Wszystkie duchy wdrapały się nań, zaś motyl odleciał wysoko ku słońcu, żegnany wdzięcznym śmiechem ogrodniczek i cichym szumem wiatru wśród różanych krzewów najpiękniejszego, zaczarowanego ogrodu w odległej krainie zza horyzontu.

Bajka liryczna

Byłem mały, patrzyłem w lampkę owiniętą woalem z kolorowej bibuły po której namalowane kolorowały się kwiaty i w gwiazdach wyciętych z powietrza przenikał mój wzrok, obserwując rzeczowo - jak dzieci, ach, jakże niebajkowe dzieci! - rozżarzony pręcik żarówki jasnej, jasnej zapalonej przez dobroduszną rękę Mamy, kończącej właśnie opowiadać bajkę. Zawsze stawiała ją przed moim łóżkiem, a ja zamieniałem się we wzrok, chłonąc światło aż małe, niebieskie i czerwone punkciki wypisywały się na zamkniętych powiekach w ciemności w której majaczyły kolory i kształty. Zwrócony ku jasności pastelowej nie widziałem cieni, nieblasków, ciemności igrały wokół mnie ale niewinnie leżałem w blasku czarownym i oczywistym. A Mama tak zawsze nie mówiła o cieniu i tylko wiedziałem, że gdzieś w krajach dalekich, przedziwnych, chińskich, porcelanowych księżniczek najcudniej tak niezrównanie, niewyobrażalnie, nieoddychalnie pięknych, kryją się smoki, które pokonają rycerze i mroki jakieś niejasne - cudowna dwuznaczności! ciebie też nie znałem! Och, jakież okropne było, gdy nieznajomy mi pan przyszedł do nas pewnego razu zobaczyłem, że za nim uciekał od światła jego cień! Tak blisko mnie otarł się ten potwór, czarny cały pokraczną imitacją człowieka zostałem roztrzęsiony uciekałem pod kwiecistą spódnicę Mamy wołając płaczem a ona tuliła mnie i wszystko minęło, i wcale nie było mi źle i okropnie, ale widziałem przecież naokół siebie larwiaste wylinki podłości i niedobrych rzeczy te Mama zawsze oddalała ode mnie, tak dobra, tak dobra i lgnąłem, lgnąłem do światła. A potem nadszedł, który musiał nadejść, gdy odwracając głowę za czym bądź, odkryłem ten straszny sekret, tajemnicę okrutną i zimną jak ogień bezwzględny, straszny, mój Boże, straszny, straszny, gdy mej nie mogącej uwierzyć źrenicy ukazał się bezlitośnie własny, mój - cień. Pamiętam, próbowałem - przyrzekam, próbowałem! tak mocno, jak tylko umiałem! - wyrwać go sobie i bez litości wyrzucić za, lecz gdy wziąłem lampkę owiniętą woalem z kolorowej po której malowały się kwiaty i wycinały gwiazdy, ach, jak bym nie świecił, zawsze, zawsze pojawiał się przecież. Mamo, ty przecież nie wiesz, co jest za mną, bo przecież byś mi powiedziała, lecz twoje oczy nie widzą tych obrzydliwości, bo zawsze mój cień zasłaniałem ci ja. I mijał czas przyszedł pogodzić się z wszystkim, rozgoryczyć swoją bezsilność, we śnie przyszedł do mnie Motyl niespodziewany z lampką jaśniejącą tak mocno, tak bajkowo, tak słodko mówił mi słowa mojej Mamy tak inaczej; zjawiał się z nieba co wieczór i lecieliśmy wysoko, wysoko za kraje dalekie, przedziwne, porcelanowe piliśmy noce i gubiłem się w jego fantasmazyjnych piórach. I frunęliśmy coraz to wyżej i piękniej i noc coraz bardziej - widziałem! - była ciemna i tyle cienia pomiędzy gwiazdami przelewało się lepko; i Motyl olbrzymi miał cień. Lecz cóż to? odkryłem nareszcie tajemniczy urok nocy granatowej, szeptu zemdlonego Motyla spojrzeń sekretnych, urocznych i przecież wszystko jest światem, noc-dzień, chłód-ciepło, Mamo, nie widzisz? lecz nie - ją za bardzo oślepiło światło tak dobre, lecz tak beznadziejnie pozbawione cienia, niepełnie, niepełnie i Motyl odleciał, zostawił mi na włosach pył tęczowy i kwietny zapachem pragnień rozkoszy i życia prawdą ze swoich skrzydełek i odleciał, lecz przecież - pył jego przemienił mię w istotę o skrzydłach z kalejdoskopu i lekkich jak astralny puch czekam z cieniem i światłem na drugiego - motyla.

Wiosna

Bezszelestnie bezgłośnie sza giętka gałązka wypuszcza pierwsze liście. Promieniami skrzą się ostatnie krople porannej rosy ulatując niedostrzegalną mgłą w niebo pachną jeszcze nocą. Leni się wiatr leniwią się chmury. Na konarze przysiadł pstry wróbel-rozbójnik przekomarza się z muszkami owocówkami za oknem. Każdy oddech przestrzeni między liśćmi między dopiero rozkwitającymi pąkami stokrotek i niezapominajek sfera wszystkich rozespanych ziewnięć i cichych „Dzień dobry” drży wibruje sprężyście napięciem pogodnym rześkim. Weselej niż zwykle świeci słońce. Krzaki złotego deszczu szelestem naokół chodników zapowiadają burzę wpatrzone w pierwsze nieśmiałe jeszcze blade i niewinne motyle fruwają naokół drgają błyszczą iskrami uciekłymi z oczu młodych. Na górze róże oblewają rumieńcem zawstydzone swoją szarością bloki oknami stokrotnie odbijając odblaski dnia usprawiedliwiają się niezręcznie nieśmiało. W dole koty, koty pojawiają się na rogach budynków dostojnie zeskakują z okien wdzięcznie wypływają z piwnic czarnych cytadel rozkwitającymi pąkami stokrotek i niezapominajek. Śliczna, śliczna wychodzi gubiąc po schodach uśmiechy odciski palców na poręczy delikatnie. Wbiega w warkoczach zielonej sukience i czerwonym kapturku. Spotykają się gwarem śmiechami młodością tysiące na ulicach wypełnionych falują rozpryskują nagle dźwiękami przezroczystymi-czystymi trelami konkurując z sikorkami-arlekinkami. Czule wrażliwie i tak nieproporcjonalnie szczęśliwie śpiew trwa: Wiosna, Wiosna, Wiosna!

Reposted byliwaj liwaj
1548 2d41 500
Artychryst - Zachód słońca
Reposted byliwaj liwaj
1465 0ff2 500
Artychryst - Jemioła
Reposted byliwaj liwaj

Królowa śniegu


Postaci:

     czarne

            Kai

            Gerda

            Tłum wokół Maga, a wśród tłumu

            Dziewczyna

     

      czerwone

            Demony

     

      białe

            Mag

            Królowa Śniegu

     

       

czarne – poruszają się na czterech kończynach, zwierzęco-owadzie z obcisłymi, lateksowo-skórzanymi strojami i twarzami owiniętymi czarnymi bandażami.

czerwone – jak czarne, mają jednak twarze.

białe – jako jedyne chodzą wyprostowane, mają odsłonięte, blade, jaśniejące twarze, wysocy, w zwiewnych, luźnych szatach.

Podczas całego spektaklu improwizacja na dwóch gitarach elektrycznych, perkusji i organach.

Scena I

Scenografii szczególnej brak. Scena: przestrzeń, schodek lub dwa, przestrzeń dalej, na środku podwyższenie, jeszcze jedno podwyższenie głęboko, po lewej (patrząc z widowni), głęboko na końcu sceny – dwa czarne trony. Ciemno, pośrodku klęczy Mag – ubrany w obszerną, białą, bardzo luźną koszulę-tunikę, na twarzy wymalowane proste, szamańskie wzory; włosy długie, jasne, na nich opaska – rzemyk z nawleczonymi koralikami. Głowa spuszczona, oczy zamknięte, rozłożone ręce opuszczone po obu stronach ciała – medytuje. W cieniu, dookoła Maga, poskręcane, pozwijane, leżą stwory czarne i czerwone – ubrane w ciasne kombinezony swojego koloru; czarne zawinięte mają głowy bandażami swojej barwy.

Mag podnosi ręce i głowę, otwierając oczy, szeroko wpatrzone w bezprzestrzeń. Pojedynczy snop światła zapala się i pada na niego. W tym samym czasie ożywają stwory – wiją się, szamoczą w ciemności, Mag mruczy swoją monotonną, transową inkantację. Z ziemi zaczyna wyłaniać się lustro. Stwory zbliżają się do niego, kilka demonic i niektóre stworzyce, wśród nich Dziewczyna, łaszą się do niego, uwodzą. On, nieprzerwanie nucąc zaklęcie, przygarnia je do siebie, pieści jak koty. Stwory nieustannie kręcą się, skręcają, ustawiając krąg wokół powstającego lustra. Mag zaczyna wykonywać okrężne ruchy tułowia przypominające kiwanie, łapie Dziewczynę, czarne i czerwone zbijają się w ciasne koło i łączą, chwytając rękoma barki stworów koło siebie, dołączają swoje głosy do czaru. Wszyscy kołyszą się miarowo, lecz coraz szybciej, szybciej, pieśń staje się głośniejsza, głośniejsza; Mag kładzie dłonie na twarzy Dziewczyny, oczy ma niewidome, kciuki wsuwa pod bandaże, tempo staje się szalone, szaleńsze, gitara wwierca się w uszy sopranami – szaman zrywa z dziewczyny maskę, inkantacja przemienia się we wrzask; w chwilę potem, lustro rozbłyska oślepiająco jaskrawym światłem. Stwory rzucają się na nie w szale amoku ekstazy, przykrywają je niemal sobą (a ma ono wysokość około 2 m.) – rozlega się trzask – lustro pęka – stwory odrzucone w krąg, światło gaśnie powoli, powoli ciemnieje scena, powoli zapada niemal-cisza.

Porozrzucane po scenie, otumanione, oszołomione ciała czarne i czerwone, lśniące na posadzce kawałki lustra, ciemno, delikatne, dogasające światło tli się w miejscu, gdzie przed chwilą stało lustro. Mag podnosi się, w zakrwawionej dłoni trzyma odłamek lustra, jest przerażony, z niedowierzaniem patrzy się naokół, podchodzi do epicentrum, z niedowierzaniem zbiera w drżące ręce najbliższe kawałki szkłaświatła. W jego oczach tli się ogień obłędu, zaczyna jęczeć, krzyczeć, jest przerażony – zauważa bandaże zdarte z Dziewczyny, odkłada precz odłamki i bierze sukno w dłonie; kurczy się, namyśla w swym szaleństwie, w końcu zaczyna kryć twarz pod czarnym kirem-szalem: zrywa się przy tym, miota, na oślep szuka ucieczki, wreszcie – opuszcza scenę.

Scena II

Na całą powierzchnię sceny rzutowany jest co chwila – trwający przez ułamek do kilku sekund – obraz szumu telewizyjnego wraz z charakterystycznym szumem-dźwiękiem. Scenografia bez zmian, stwory wciąż leżą, zemdlone, światło zupełnie zgasło – gdyby nie migające rzuty, panowałaby zupełna ciemność.

Dziewczyna powoli podnosi się do klęczek, jest oszołomiona, zdaje się nie do końca wiedzieć, gdzie jest. Dłońmi przesuwa po twarzy, bada ją opuszkami palców. Unosi się i stara utrzymać klęcząc jedynie na kolanach, biodra trzymając w górze, chwieje się, ostatecznie ląduje na czworakach; podchodzi do podwyższenia, zauważa odłamek lustra, podnosi go delikatnie, przesuwa po nim ręką. Na jej dłoni zostaje krew, Dziewczyna patrzy sprawiając wrażenie niezrozumienia, powoli zbliża dłoń do ust i zlizuje krew, muzyka zaczyna nabierać energii, po chwili ponownie przesuwa palcami po szkle, zaczyna bawić się nim, bawić się z nim, pieścić się z nim, igrać się z nim, niebawem zlizuje krew z samego ostrza, wodzi nim po ciele. Tymczasem demony wstają, przyglądają się Dziewczynie, zbliżają do niej, wreszcie czarna przytyka odłamek do serca i – przebija się. W tym momencie rozbłyska na chwilę światło, by zgasnąć, a następnie zalać całą scenę czerwoną poświatą. W tym samym momencie tłum czerwonych rzuca się na nią i porywa. W tym samym momencie czarne zaczynają budzić się, wić. Gerda wstaje, trąca leżącego obok niej Kaia – ten nie rusza się, nie daje się zbudzić. Stworzyca przeciąga go pod podest, na środek sceny, jej ruchy – jak wszystkich czarnych i czerwonych – są zwierzęco-owadzie. W tym samym czasie toczy się druga scena – porwana przez demony Dziewczyna zostaje postawiona na drugim postumencie, gdzie pada na nią słup zimnego światła. Tam czerwone obdzierają ją z jej ubrania, a następnie owijają w biały kokon, dziewczyna zachowuje się, jakby była w transie, nie zwraca uwagi na istoty wokół niej, patrzy-błądzi wzrokiem niewokół i daje ze sobą wszystko robić. Po środku sceny zaś Gerda rozdziera sobie piersi i wyjmuje z nich śnieżnobiałą lilię, której zapach budzi Kaia; podczas, gdy demony wprzepoczwarzają Dziewczynę, para czarnych wykonuje pokraczny taniec przy akompaniamencie psychodelicznej muzyki. Wreszcie padają wyczerpane. Spokój – stagnacja – czarne rozchodzą się, znikają ze sceny, takoż czerwone.

Scena III

Przed podestem, zwinięta w kłębek, śpi-leży Gerda, nad nią legł na plecach bezwładnie Kai, dłoń na jej plecach, druga na darlilii. W oddali, oparty o mniejszy podest odłamek lustra oraz, głową w dół, porzucony został kokon-Dziewczyna, po którym delikatnie wspiął się biały prostokąt z rzutnika, wielokątujący się na załamaniach sceny.

Kokon porusza się, drga nieśmiało, jakby nie wiedząc jeszcze, co jest mu przeznaczone, biały kwadrat światła zastąpiony zostaje filmem, ukazującym wyłanianie się motyla z poczwarki; film ten trwa przez całą scenę. Kokon kuli się na przemian i wygina w łuk, przewraca z boku na bok, kurczy, skręca, dygocze, wierzga się, zsuwa z postumentu, naprężą, wreszcie – poczwarza struktura rozpęka się i z początku palce, potem cała dłoń, wysuwają się z białego więzienia, zatapiają we wszemświecie. Za pierwszą ręką podąża następna, śmielsza, odrywa zeschłą skorupę, rozrywa martwe naciało, rozdrapuje niepotrzebne zewnętrzności; wreszcie dłonie zamykają się na szkaradnej masce i zrywają trupi welon. Dziewczyna z nienasyceniem dławi się powietrzem, chłonie odwalczoną wolność i upaja się nią. Kurczowo chwyta się brzegów podestu, podciąga się na górę i z ulgą odzyskuje utracony dech; motyl wychodzi z poczwarki i zaczyna przygotowywać skrzydła do lotu. Słaba ale własnowolna, czołga się, chwytając się rękoma wszystkiego, co widzi wokół rozbieganym wzrokiem-niewzrokiem, w stronę śpiącego Kaia – zostawiając na zadrodze resztki kokonu. Za nią ciągnie się długi płaszcz, biała peleryna, którą trzyma owiniętą wokół nadgarstka. Nie czołga się już, idzie wszystkimi czterema kończynami, coraz wyżej, coraz wyżej, coraz bliżej, coraz bliżej. Już jest przed Kaiem, pół klęcząc-pół stojąc, lecz jeszcze chwila, jeszcze ostatnie wyrównanie skrzydełek, już niemal suchych i prostuje się dumnie, zarzuca na siebie śnieżnoskrzydli płaszcz – motyl gotowy do lotu.

Stoi nad czarnym stworzeniem, przyglądając się z wysokości; biała, piękna, majestatycznarystokratyczna – Królowa Śniegu – już nie dziewczyna – lecz wciąż przecież Dziewczyna – mimo, iż Królowa. Przecież pochyla się nad nim, delikatnie, jakby nie chcąc zbudzić, dotyka jego czoła. Lecz budzi, w niebieskich światłach Kai wpatruje się w nią, piękność nad pięknościami i bezwiednie, bezczule podnosi się, byle tylko dosięgnąć jej alabastrowej dłoni z kości słoniowej. Ona – nieprzestraszona – zezwala mu dotknąć raz jeszcze swej dłoni i schodząc z podestu – wiedzie go za sobą. Lecz co to? To Gerda-stróż-pies wstaje, gdzie jest jej Kai? gdzie jest jej Kai? Obraca się, wkrada na podest – widzi – Lilia – lecz gdzie on? Tymczasem Królowa rozległym swym płaszczem zakrywa Kaia i siebie samą – i stoją zakryci, tuż pod czarnym nosem – lecz nadaremno Gerda się rozgląda, nie widzi, bo widzieć nie może! Wyje rozpaczliwie-rzewnie i wybiega – szukając swego Kaia. A on, wypodążą za Królową zupełnie drugą drogą.

intermezzo

Scena wyciemniona, aktorzy ustawiają się, krótki utwór w klimacie sceny IIII.


Scena IIII

Czerwone światło, obrazy pracujących narządów wewnętrznych, substancji organicznych, duszna, klaustrofobiczna atmosfera. Jedyny jasny promień pada na darlilię, znajdującą się na środku sceny, na podeście. Królowa Śniegu stoi po lewej stronie mniejszego podestu, obfita szata rozlewa się po ziemi, na podeście, na czworakach – Kai. Para oświetlona mocną czerwienią. Prawa strona sceny, ocieniona, wyciemniona, zajęta przez demony, kręcące się, łażące, tańczące swój owadzi taniec. Muzyka głucha, przypominająca wnętrze ciała. W tle bicie serca, czasem bulgot, oddech ludzki, sapanie.

Królowa gładzi Kaia po czole, po policzkach, obdarza go czułością matki do schorowanego dziecka, obejmuje dłońmi głowę czarnego i – wbija kciuki głęboko pod bandaże. On napręża się cały, wygina w groteskowy sposób, skomle, ona wsuwa palce mocniej, głębiej, zaciska pozostałe cztery na czarnych bandażach; on wije się, szarpie, krzyczy, wykręca ręce i korpus w dokształty, czerwone tańczą swój lepki, spowolny taniec, Kai wrzeszczy, ona szarpie jego głowę, próbuje zerwać jego maskę, on rzuca się, rozciąga członki w anaturalnych figurach, jęczy, ryczy, ona ze wszystkich sił stara się uwolnić go, wreszcie – bandaż zsuwa się z jego głowy i spada na ziemię. Kai łapie się za twarz, kuli, Królowa pochyla się do niego, całuje we wreszcie-odsłonięte czoło, bierze jego dłoń w swoją dłoń i kieruje ku swemu sercu, nowonarodzony chwyta i wyciąga – kwiat róży. Trwają tak, on: kwiat, ona: jego, trzymając, gdy nagle rozlega się donośne wycie, czerwone rozbiegają się, z prawej strony na scenę wkracza Gerda; Królowa chowa wciąż otumanionego Kaia za drugi podest, sama staje na nim i wydaje gest-rozkaz – demony zbiegają się na podeście zagradzając Gerdzie drogę do pary. Gerda warczy, syczy, takoż czerwone. Rzucają się na siebie, rozpoczyna się szaleńczy taniec-walka, skoki, chwyty, szarpy, gryzy, w którym czarna ponosi definitywną klęskę, gdy nagle udaje jej się złapać lilję – czerwone uciekają od niej, boją od niej, Gerda zwycięska – widzi to Królowa, chwyta ostry jak brzytwa odłamek lustra i zbliża się ku niej, rzuty spływają krwią, Gerda cofa się przed potężną, górującą nad nią królową, lilia wypada jej z rąk – akurat w centrum sceny, tam, gdzie była, biała podnosi rękę do ciosu… lecz drogę zagradza jej Kai – wyprostowany, dumnopostawny, odwraca wzrok ku Gerdzie, gładzi ją po policzku, trochę smutnie, trochę nostalgicznie, niczym by dalekopowrócił ze wspomnień, podnosi z podestu lilię, kładzie na piersiach czarnej, całuje w czoło i gest-żegna się z nią – na zawsze.

Podczas, gdy Gerda odchodzi, Kai odwraca się w stronę Królowej, chwyta w dłonie jej dłoń, która wciąż trzyma odłamek lustra i, patrząc jej głęboko w oczy, przebija się, ona podnosi z ziemi śnieżny-biały płaszcz i okrywa nim nieczarnego. Gdy majestatycznie wstępują na podest, demony rzucają się na ziemie i z kawałków lustra plotą dwie lustrzane korony, które zakładają królewskiej parze, a para – wśród uroczystej i strasznej muzyki organów, przechodzi wzdłuż podestu i zasiada na tronach, trzymając w splecionych dłoniach – różę i szkłoświatło.

Wielki rozbłysk światła, wielki akord, wielki koniec.

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

Reposted byliwaj liwaj
5027 5ea1 500
Artychryst - Drzewo i kruki
Reposted byliwaj liwaj
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl